Zamieszanie pod koszem

0

Koszykarze Stali Ostrów w świetnym stylu wywalczyli awans do Ekstraklasy. Potem było już tylko gorzej. Najpierw iskrzyło na linii klub – miasto. Następnie kibice z narastającym zażenowaniem śledzili ostrowską „wojnę na oświadczenia”. Ostatecznie wszystko zmierza do szczęśliwego zakończenia – drużyna ciągle ma szanse na grę w Ekstraklasie. I to pod okiem legendy. Ale do euforii ciągle daleko…

Działania zarządu Klubu Sportowego Stal  od dłuższego czasu budziły wątpliwości. Przynajmniej moje. Weźmy pod uwagę tylko ostatni sezon. Zbudowana została bardzo silna, jak na pierwszoligowe warunki drużyna. Nikt nie miał chyba wątpliwości, że postawionym przed nią zadaniem była walka o zwycięstwo w rozgrywkach.

Oficjalne stanowisko prezes Krystiany Drozd było jednak niezmienne – zespół ma awansować do fazy play off. Wszystko co ponadto będzie traktowane jako coś w rodzaju miłej niespodzianki. Jeszcze w trakcie trwania rozgrywek taka postawa była uzasadniona – ściąganie presji z zawodników, unikanie nadmiernego „pompowania balonika”.

W momencie, kiedy zwycięstwo w play off stało się już faktem, kolejne wypowiedzi mówiące o tym, że drużyna wcale w awans nie celowała, stały się już kłopotliwe. A jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo o co chodzi…

Pieniędzy w klubie zabrakło już po fazie zasadniczej. Na ratunek jak zawsze miało przyjść miasto. Klub wystąpił o 200 tys. zł dofinansowania. W magistracie usiedli, policzyli, i zdecydowali, że maksymalna kwota, jaką mogą rozdysponować to 50 tys. zł. Zdecydowana większość ostrowskich klubów o podobnym wsparciu mogłaby pomarzyć.

Klubowa kasa była pusta już dużo wcześniej. Liczone w setkach tysięcy złotych długi miały zostać pokryte z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży obiektów przy ul. Kusocińskiego. Te, a jakżeby inaczej, miało kupić miasto. Za około 4 miliony złotych. Problem w tym, że klub otrzymał te obiekty właśnie od miasta. Za złotówkę. Miasto więc z „okazji” nie skorzystało.

Ostatecznie nieruchomości kupili sponsorzy klubu Marcin Napierała (Slam Poland) oraz Paweł Matuszewski (BM Kobylin).  Zastrzyk gotówki pozwolił klubowi na spłacenie wierzycieli i dalsze funkcjonowanie. Przypominając sobie jak mocno Stal oraz prezes Drozd we własnej osobie zaangażowana była w kampanię prezydencką Jarosława Urbaniaka, trudno nie odnieść wrażenia, że utrzymanie status quo w Urzędzie Miejskim wiązało by się z utrzymaniem status quo w finansowaniu klubu.

Scenariusz mógłby być więc następujący: do „Stalówki” w dalszym ciągu pompowane byłyby miejskie pieniądze, a miasto chętnie kupiłoby należące do Klubu Sportowego obiekty. Pomimo tego w Stali w dalszym ciągu narastałby długi. Głównie wobec ostrowskich spółek komunalnych. Nic by się o tym nie mówiło, a z czasem wszystko rozeszłoby się po kościach. A w praktyce po naszych portfelach.

Tymczasem nowe władze postanowiły kurek z pieniędzmi przykręcić, za co w mojej opinii należą się brawa. Był to krok w kierunku normalności. Tutaj pozwolę sobie powtórzyć to, co pisałem jeszcze w maju:

„Pieniądze publiczne nie są przeznaczone na sport wyczynowy.

I nie chodzi tu o Stal, tylko o sport zawodowy w ogóle. Samorząd, a konkretnie gmina, ma obowiązek finansowania kultury fizycznej i sportu. Sportu masowego, rekreacyjnego. Budowania ogólnodostępnych obiektów, promowania zdrowego trybu życia, dotacji na szkolenie młodzieży. Organizowania zawodów i obozów sportowych. Realizacji tych zadań trzeba od rajców oczekiwać i z tego ich rozliczać.

Opłacać pensji zawodowców samorząd nie musi, a nawet nie ma prawa.

Przekazywanie pieniędzy publicznych na sport wyczynowy w formie dotacji jest niezgodne z prawem. Kluby mogą się starać o pozyskanie środków na szkolenie młodzieży i promocję miasta poprzez sport. Dodatkowo sportowcy i trenerzy mogą uzyskać stypendia za wysokie wyniki sportowe. W praktyce podział środków często jest niejasny, przepisy omijane, a pieniądze na szkolenie wykorzystuje się na pokrycie kontraktów pierwszej drużyny. Podobnie wygląda w całej Polsce, o czym niejednokrotnie informowała Najwyższa Izba Kontroli.

Sport profesjonalny powinien się utrzymywać z własnych środków.

Jak każde inne przedsiębiorstwo. Jeśli osiągane przez klub przychody nie wystarczają na utrzymanie zawodników zarabiających  miesięcznie (przykładowo) 10 tysięcy złotych, to trzeba zatrudnić takich, którzy biorą 5 tysięcy. I dotyczy to tak samo piłki nożnej, koszykówki, żużla, szczypiorniaka, siatkówki i każdego innego sportu wyczynowego”.

Oczywiście samofinansowanie się klubów sportowych, zwłaszcza w polskich warunkach, gdzie tradycją jest utrzymywanie ich ze środków samorządowych, w większości przypadków jest mrzonką. Wsparcie miasta, gminy czy powiatu jest niezbędne. Jednak sytuacja, w której prezes klubu stawia warunek – albo połowę budżetu, czyli co najmniej milion złotych, finansuje miasto, albo zapominamy o Ekstraklasie – o przesadnym profesjonalizmie działaczy nie świadczy. A dokładnie tak było. Komunikat wysyłany przez zarząd Stali był jasny – „dobry” klub walczy o wysokie cele, „złe” miasto nie chce pomóc.

Nikt mnie nie przekona, że awans został wywalczony „przypadkiem”, że nie był zakładany przed startem sezonu. A jeśli budujesz drużynę na awans, to musisz się liczyć z kosztami.

Kiedy stało się jasne, że z Urzędu Miejskiego nie spłynie deszcz gotówki, do gry kolejny raz weszli wspomniani wcześniej sponsorzy klubu. Panowie Matuszewski i Napierała założyli spółkę BM SLAM STAL i wystąpili o licencję na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej. Od tego czasu kibice mogą przeżywać prawdziwy emocjonalny rollercoaster.

Zaczęło się dobrze – sponsorzy zadeklarowali, że wezmą na siebie większy ciężar finansowania klubu oraz rozpoczną przebudowę hali przy Kusocińskiego, żeby spełniała warunki licencyjne (kwestia hali to temat na osobną, długą dyskusję). W tej sytuacji zwiększenie pomocy zadeklarowały też władze miasta. Nieoficjalnie mówi się, że do deklarowanej wcześniej kwoty 500 tys. zł dorzucono kolejne 200 tys.

I kiedy wydawało się już, że wszystko jest na dobrej drodze, Komisja Licencyjna Polskiej Ligi Koszykówki ostrowski wniosek odrzuciła. Wtedy rozpoczęły się wzajemne oskarżenia. Zarząd Klubu Sportowego Stal wydał oświadczenie, w którym podał w wątpliwość kompetencje włodarzy nowo powstałej spółki. Ci błyskawicznie odpowiedzieli swoim oświadczeniem, w którym zarzucali sternikom Stali m.in. niepoinformowanie o zadłużeniu (wobec trenera, zawodników, dostarczyciela energii elektrycznej itd.) oraz niedostarczenie wymaganych dokumentów.

Tak rozpoczęła się ostrowska wojna błyskawiczna na oświadczenia. Trwała kilkadziesiąt godzin. Wzajemne oskarżenia i publiczne pranie brudów. Wszystko odbiło się negatywnie na wizerunku obydwu stron konfliktu. Wśród kibiców, a nawet ostrowian średnio koszykówką zainteresowanych narastało uczucie zażenowania. „Skończcie ten festiwal żenady” – ten komentarz zamieszczony pod jednym z kolejnych oświadczeń dobrze oddawał ogólną atmosferę.

Wszystko skończyło się konferencją prasową Zarządu Klubu Sportowego Stal. Prezes Krystiana Drozd wspierana przez wiceprezesa Przemysława Niezgódkę w bardzo emocjonalnym wystąpieniu ogłosiła, że klub swoje zobowiązania ureguluje sam i udostępni spółce halę w zakresie koniecznym do prowadzenia drużyny w Ekstraklasie, czyli na mecze i treningi. „Nie ma żadnego powodu leżącego po stronie Klubu Sportowego Stal, żeby spółka BM Slam Stal nie mogła wystąpić o licencję na grę w Ekstraklasie” – to zdanie było podczas konferencji powtarzane najczęściej. Drugie, które zapadło mi w pamięci padło z ust pana Niezgódki, który zaznaczał, że klub robi to wszystko „wbrew swoim interesom finansowym, ale pewien swój interes, dalekosiężny, aczkolwiek na razie skwapliwie ukryty mamy”. Czyli jeszcze może być ciekawie.

Po wszystkim pozostał ogromny niesmak. W rozmowach z potencjalnymi sponsorami całe zamieszanie też raczej nie pomoże.

Ostatecznie spółka złożyła odwołanie od negatywnej decyzji komisji licencyjnej. Wszystko wyjaśni w przeciągu maksymalnie dwóch tygodni. Pojawiła się też informacja – biorąc pod uwagę okoliczności – sensacyjna. I to w jak najbardziej pozytywnym sensie. Jeśli BM Slam Stal otrzyma licencję na grę w Ekstraklasie, drużynę poprowadzi Zoran Sretenović. Legenda to w jego przypadku określenie, którego nie podważy żaden ostrowski kibic koszykówki. W mniejszym lub większym stopniu, Sretenovića kojarzy spory odsetek ostrowian, którzy na co dzień koszykówką interesują się słabo albo wcale.

Pytanie co w przypadku, jeśli decyzja komisji odwoławczej będzie jednak negatywna? Co stanie się wtedy z ostrowską koszykówką i kto weźmie za to odpowiedzialność? Obyśmy nie musieli zadawać takich pytań.

Przemysław Ciupka

redaktor wlkp24.info
przemyslaw.ciupka@tvproart.pl

NAPISZ KOMENTARZ

Wpisz swój komentarz
Wpisz swoje imię lub nick