Fukushima oczami Polaków. Siedem lat po katastrofie [ZDJĘCIA]

1
Był marzec 2011 roku. We wschodnie wybrzeże Japonii uderzyła fala tsunami, co było efektem trzęsienia ziemi o magnitudzie 9 stopni w skali Richtera. Nie minęło wiele czasu, a pracownicy elektrowni atomowej Fukushima I poinformowali, że w wyniku problemów z elektrycznością na skutek trzęsienia ziemi, wystąpiła awaria systemu chłodzenia. Ogłoszono pierwszy stopień zagrożenia.

Po serii eksplozji i pożarów wewnątrz reaktorów, w wyniku skażenia substancją radioaktywną, władze Japonii wyznaczyły specjalne strefy w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Po siedmiu latach do niektórych z nich powraca życie. Inne ciągle wyglądają jak opuszczone miasta. Choć katastrofę w Fukushimie niektórzy porównują z tą w Czarnobylu, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Jak? Wie o tym Krystian Machnik, który kilka dni temu wrócił z Japonii, gdzie na własne oczy widział, jak wygląda życie w sąsiedztwie elektrowni. – Zawsze chciałem zobaczyć, jak wygląda ten teren opuszczony przez ludzi. Przygotowywałem się do tej wyprawy trzy lata. Szukałem osoby, która pomoże mi w komunikowaniu się w Japonii i ułatwi tłumaczenie. Po wielu próbach w końcu trafiłem na Fabiolę Tsugami, Polkę mieszkającą na stałe w Tokio – mówi Krystian Machnik z grupy Napromieniowani.pl. Razem z Adamem Bojanowskim, Dawidem Kruczkiem i Krystianem Machnikiem wrócili właśnie z Japonii.

Tereny związane z elektrowniami atomowymi nie są im obce. Są bowiem stałymi bywalcami w Czarnobylu, gdzie realizowali kilka ciekawych projektów filmowych oraz odpowiadają za organizację wyjazdów do Prypeci, gdzie znajduje się elektrownia.

Nikt nie kradnie

Cztery godziny lotu do Turcji, przesiadka i kolejne 10 godzin w samolocie do Japonii. – Po całym dniu podróży wreszcie wylądowaliśmy w Tokio. Wieczorem udaliśmy się do miasta w pobliżu strefy skażenia i poszliśmy spać. Taki był plan, żeby następnego dnia rano ruszyć z aparatami i zacząć poznawać ten teren – dodaje.

Rano Polacy pojechali do Fukushimy. Ich kierowcą był Japończyk, który słabo mówił po angielsku. Jak tłumaczą – nie było łatwo się porozumieć. Po dotarciu na miejsce, problemy komunikacyjne zeszły jednak na drugi plan, a ich oczom ukazały się opuszczone od siedmiu lat miasta. – Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to „jak oni sobie szybko radzą”. W Czarnobylu jest zamknięty teren, o który nikt nie dba, a w Japonii skażona strefa jest sukcesywnie zmniejszana. Niektóre sklepy w opuszczonych do niedawna miastach zaczynają działać, część mieszkańców wróciła do swoich domów i prowadzi remonty uszkodzonych w wyniku trzęsienia ziemi domów – relacjonuje Krystian.

Do miasta Namie na północ od elektrowni wróciło już ok. 5 tys. osób. Przed katastrofą mieszkało tam 20 tys. Japończyków. – Słychać tam niesamowity spokój. W niektórych miejscach nie ma żywej duszy. Wiele budynków wygląda na zamieszkałe, choć od lat nikt do nich nie wchodził. Na ulicach i przed domami stoją auta, przy sklepach automaty z napojami. Wszystko wygląda tak, jakby zaraz zza drzwi miał ktoś wyjść na ulicę. Jednak kiedy się przyjrzymy, sygnalizacja mruga na czerwono, przejeżdżające ulicami miasta samochody to rzadkość, budynki są pozamykane i pozarastane roślinnością, która od miesięcy nie była pielęgnowana opowiada Krystian Machnik.

Krajobraz po awarii w elektrowni Fukushima diametralnie różni się więc od tego w Czarnobylu. Tam opuszczone bloki są pozarastane do tego stopnia, że w miejscu dawnych osiedli znajduje się obecnie las, a wszystko, co dało się ukraść, już zostało splądrowane. W Japonii jest inaczej. – Tutaj żaden Japończyk nie wejdzie do budynku, którego nie jest właścicielem, choćby zostawił drzwi otwarte na oścież – zaznacza.

To samo tyczy się samochodów. – Widzieliśmy plac, na którym stał ciężki sprzęt: koparki, spychacze, podnośniki… Maszyny warte miliony. Odkręciłem korek przy jednej z nich. Bak był pełny. To samo w przypadku agregatu prądotwórczego. Nikt tego sprzętu nie ruszył. Podobnie jak samochodów z kluczykami w stacyjkach. Stoją, jakby ktoś je zostawił tam tylko na chwilę – relacjonuje mieszkaniec Ostrowa.

Jak oni sobie szybko radzą!

Do uszkodzonej w 2011 roku elektrowni nie udało się podjechać. Aby się tam dostać, trzeba mieć pozwolenie, o której nie jest łatwo. – To temat na przyszłość. Z daleka widzieliśmy kominy elektrowni. W jej okolicy poziom promieniowania ciągle jest podwyższony. Można go na bieżąco sprawdzać na urządzeniach zasilanych bateriami. My oczywiście mieliśmy też swoje.

Choć wielu ludzi porównuje katastrofy w Czarnobyli z tą w Fukushimie, obie diametralnie się od siebie różnią. W ówczesnym Związku Radzieckim reaktor wybuchł, a chmura radioaktywna zaczęła unosić się do atmosfery. W Japonii kopuła bezpieczeństwa i reaktor są bezpieczne, ale skażenie rozprzestrzenia się przez wody gruntowe. – Japończycy krótko po awarii zdecydowali się zamrozić teren wokół elektrowni ciekłym azotem, żeby zapobiec rozprzestrzenianiu się skażenia. Tym bardziej, że elektrownia jest położona u wybrzeży Oceanu Spokojnego. Były przypadki, że skażenie dotarło do brzegów zachodnich stanów USA – wyjaśnia Kamil.

Grupa Polaków wiele razy przecierała oczy ze zdziwienia, kiedy docierała w miejsca obrane przez siebie jeszcze przed wylotem. – Kiedy robiłem research, rozmawiałem m.in. z ludźmi mieszkającymi w Japonii. Na tej podstawie stworzyłem plan podróży. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dotarliśmy do supermarketu, który kilka miesięcy temu był jeszcze nieczynny, a teraz normalnie prosperuje – opowiada.

W „Atomie” czas się zatrzymał

Część miasteczek zostało już wyłączonych ze strefy skażenia i wraca do nich życie. – Minęliśmy knajpkę o wymownej nazwie „Atom”. Myśleliśmy, że jest czynna. W środku na stolikach stały kawy, na ladzie były ustawione towary. Chcieliśmy wejść do środka. Podeszliśmy do drzwi i okazało się, że jest zamknięta. Kiedy przyjrzeliśmy się bliżej, widać było, że wszystko jest mocno zakurzone i wyblakłe. Prawdopodobnie, jak była ewakuacja, obsługa zostawiła wszystko i uciekła. I tak zostało do dzisiaj. Tak samo z porzuconymi luksusowymi autami sportowymi z kluczykami w stacyjkach – opowiada z niedowierzaniem w głosie Kamil.

Do „Atomu” wejść się nie dało, ale do opuszczonego supermarketu już tak. Widok w środku też zrobił na Polakach duże wrażenie. Od czasu katastrofy nikt tam nie był. Panowie sięgnęli do zamka, otwarli drzwi i weszli do środka. Na półkach patelnie, kocia karma, śrubki, wiertła, wyrzynarki, piły, ubrania, materace, alkohole… Część towarów leżała na podłodze. Pewnie po trzęsieniu ziemi. Roztopione lody zalały lodówki, w niektórych częściach smród był okropny, ponieważ część towarów zgniła – dodaje.

Miasteczka wokół elektrowni to prawdziwa mozaika kontrastów. Czynne sklepy przeplatają się z opuszczonymi domami. Remontowane domy kontrastują z zapomnianymi osiedlami. – Przypuszczam, że kiedy przyjadę tu na przykład za pięć lat, to wyznaczone wokół elektrowni strefy znikną całkowicie albo zostaną zmarginalizowane, a miasta odżyją na nowo.

Kolejny cel już obrany

Jak zaznaczają uczestnicy zakończonej niedawno wyprawy, podróż do Japonii była wyjazdem zapoznawczym. Chcieli na własne oczy przekonać się, jak wygląda teren po awarii elektrowni i sprawdzić, na jakiego rodzaju podróże w jej okolicę można sobie jeszcze pozwolić. – Na pewno chcemy, aby kolejne wyprawy były bardziej zaawansowane. Już planujemy wejście do coraz trudniejszych miejsc i uzyskanie kolejnych pozwoleń – zapowiada Krystian Machnik.

Zdjęcia dzięki uprzejmości napromieniowani.pl

redaktor naczelny wlkp24.info
sebastian.matyszczak@tvproart.pl

1 KOMENTARZ

NAPISZ KOMENTARZ

Wpisz swój komentarz
Wpisz swoje imię lub nick